Skontaktuj się z nami

START PUBLIKACJE HOBBY Papua - Nowa Gwinea - Wyprawa nurkowa
Papua - Nowa Gwinea - Wyprawa nurkowa
Wtorek, 23 Luty 2010 00:00

Dzień wyjazdu. Spotykamy się na lotnisku w Warszawie. Nie wszyscy się znamy. Jest nas pięciu facetów: Elvis, Krzysztof I, Krzysztof II, Jasio i Ja.  Szybka odprawa i już lecimy do Frankfurtu, tam przesiadka i następne 14 godzin lotu. Lądujemy w Singapurze i dalej na Jawę do Dżakarty. W Dżakarcie przesiadka na linie wewnętrzne i lecimy na wyspę Sulawezi do Makasaru, by stamtąd następnym samolotem linii Lion dotrzeć do Manokwari na Papui. Tam czekał na nas Artur. Noc w hotelu.

Następnego dnia zrobiliśmy nura na wraku u stóp krzyża upamiętniającego  lądowanie pierwszych holenderskich kolonizatorów na tej wyspie. Po nurkowaniu rozpaliliśmy na plaży ognisko z wyrzuconego na brzeg drzewa, na którym tubylcy upiekli nam rybę.papua1 Następnego dnia z rana uzupełnienie zapasów warzyw na targu i już siedzimy na łodzi. Jest do długa 10-metrowa dwupokładowa krypa zbita z desek. Środkowy pokład, na którym spaliśmy miał 1,30 wysokości, więc poruszaliśmy się po nim na czworaka. Łódź była wyposażona w 3 przedpotopowe silniki, z których jeden po kilku godzinach rzężenia wydał ostatnie tchnienie.

Przed sobą mieliśmy do pokonania 200 km oceanu. Przy prędkości 10 km/h, bo tyle właśnie rozwijała łódź, zajęło nam to 20 godzin. Obsługę tego pływającego cuda stanowiło kilku młodych wesołych tubylców, znających  kilka słów po polsku, wszystkie z literą „rrr" oczywiście, którą soczyście i z lubością akcentowali . Z niczego nie robili problemu,  byli chętni do pracy. Po 20 godzinach  dotarliśmy  więc do celu. Celem była wyspa Roon leżąca w głębi liczącego 1400 ha parku narodowego Indonezji. Chata, w której mieliśmy mieszkać stała samotnie na stoku porośniętego dżunglą zbocza, kilka km od jedynej w okolicy wioski. Z tarasu rozciągał się widok na piaszczystą plażę i piękną zatokę z krystaliczną wodą. W oddali widać było górzyste, porośnięte dżunglą mniejsze i większe wysepki. Sama chata stanowiła opłakany widok. Zbudowana była z drzewa i liści palmowych, przez Holendrów opiekujących się parkiem. Składała się z 4 pokoi, kuchni, salonu i tarasu. Podłogi i ściany były częściowo przegniłe, dach dziurawy jak sito.papua2 Pomiędzy pomieszczeniami nie było drzwi, a okna stanowiły otwory w ścianach zamykane okiennicami. Gdy padało, a padało codziennie chata zamieniała się w jedna wielką wannę z prysznicem. Którejś nocy pod Jasiem załamało się łóżko, spadając przebił podłogę i wylądował pod chatą. Jednak takie drobiazgi nie wpływały negatywnie na nasz nieustający dobry humor. Myliśmy się nad brzegiem oceanu w źródlanej wodzie, spływającej z gór systemem rynienek zrobionych z liści palmy. Dookoła nas dżungla tętniła życiem 24 godziny na dobę co było widać i słychać: węże, jaszczurki, motyle, papugi i rożne inne zwierzęta, papua3

których nie potrafiliśmy zidentyfikować i cała kakofonia dźwięków, która w nocy działała na naszą wyobraźnię.

Nury były piękne i spokojne. Pływaliśmy w dziewiczych ogrodach koralowych, tętniących podwodnym życiem, lub zawisaliśmy w toni przy pionowych ścianach. W przerwach byczyliśmy się na bezludnych plażach jedząc orzechy kokosowe, których wokół było pełno. Czasem chłodziliśmy się w strugach zimnej wody z małych wodospadów spływających ze skał. papua4

Pewnego dnia Artur zaproponował nam wycieczkę do dżungli. Rozpoczęliśmy ją w miejscu, gdzie tubylcy „uprawiali" na dzikich plantacjach przy dżungli ananasy, banany, kokosy i sagowce. Wbijaliśmy się w dżunglę ścieżkami wydeptanymi  przez zwierzęta. Następnie wędrowaliśmy korytem strumienia górę jego biegu. Widoki dookoła były niesamowite. Plątanina gałęzi i lian nad naszymi głowami stanowiła zielony dach. Brzegi strumienia porastała ściana okazałych roślin, które u nas można spotkać w palmiarniach w wersji mini. Kamieniste dno i zwalone drzewa, tworzyły wity, bystrza a niekiedy wręcz wodospady. Wszystko to musieliśmy pokonywać, wciąż przedzierając się naprzód.papua5 Po dwóch godzinach dotarliśmy do miejsca, którego nie daliśmy rady sforsować. Zrobiliśmy więc pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy z powrotem. W chacie czekała na nas przepyszna wędzona liściach palmy ryba i świeże owoce. Wieczorami miejscowy pomocnik Florence brał do ręki dziwny, 3-strunowy instrument i w duecie z Mr Charlesem- rządowym przedstawicielem parku, śpiewali przy blasku księżyca nostalgiczne ballady, sławiące piękno ich kraju. papua6

Po tygodniu przeprowadzka. Po drodze zawinęliśmy z wizytą do pobliskiej wioski. Przyglądaliśmy się prymitywnym warunkom życia tubylców. Odwiedziliśmy miejsce produkcji sago, „fabrykę" dachów z palmowych liści, oglądaliśmy sprzęt rybaków, a wszystko to w otoczeniu tłumu miejscowych dzieciaków. Zajrzeliśmy też na moment do chrześcijańskiej misji, której wygląd kontrastował z prymitywnymi domami tubylców. papua7

Następnym naszym celem była wyspa Roow. Silniki łodzi zagrały w końcu jednym zgodnym chórem i ruszyliśmy do przodu. Po drodze zrobiliśmy pięknego nura w miejscu, gdzie ponad wodę wystawały ogromne głazy porośnięte drzewami. Po zanurzeniu przeżyliśmy szok. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy płynęli nad pasmami wysokich gór, których zbocza i doliny porośnięte były bajecznie kolorowymi koralami a pomiędzy nimi pływało tysiące ryb, żółwi i ślimaków.papua8 Tuż pod powierzchnią wody pływało stado groźnych barakud, jakby strażników pilnujących swoich włości. Zwiedzaliśmy ten podwodny świat wpływając  w doliny, przeciskając się przez skalne przesmyki, przepływając nad głazami i wisząc w toni przy ścianach podwodnych gór. Niestety powietrze się kończyło i trzeba było wracać do rzeczywistości.

Roow to płaska bezludna wysepka porośnięta dżunglą i porośnięta rafami. W jednym jej końcu przy plaży Artur przygotował obóz, który składał się z palmowej wiaty i rozstawionych obok siebie trzech namiotów. Prądu dostarczał nam agregat a słodkiej wody źródło w dżungli, 100 m od obozu. Na pytanie o zwierzęta na wyspie Artur powiedział nam o dwóch myszkach czasami odwiedzających kuchnię. Myszki okazały się być stadem małych leśnych szczurów buszujących w nocy w kuchni oraz dookoła naszych namiotów. Na szczęście były zupełnie nieszkodliwe. Obok obozu znajdowała się druga wiata, którą akurat zajmowali rybacy z odległej wioski, którzy przypłynęli tu łowić rekiny. papua9

Ze złowionych sztuk wyjmowali ogromne wątroby i wytapiali z nich tran. Robili to w wielkim woku nad ogniskiem, a wytopiony tran zlewali do karnistrów. Obserwowaliśmy  cały ten proces z zaciekawieniem. Jako, że reszta z rekinów nie stanowiła dla rybaków żadnego pożytków, bo nie jedzą ich mięsa, dostaliśmy jednego do upieczenia. Był taki sobie inne ryby były zdecydowanie smaczniejsze.

Nury były coraz ciekawsze. Pewnego razu Artur zabrał nas na piękną ścianę porośniętą przepięknym koralem i pełną ryb. papua10

Schodziła ona do kanionu na głębokość ok. 40-50 m, następnie skręcała gwałtownie w bok i kończyła ślepo tworząc komin, na górze którego widać było światło słońca. Byliśmy oczarowani. Florencowi, który nam towarzyszył udało się strzelić kilka dużych langust, więc kolację mieliśmy zapewnioną. W nocy był równikowa ulewa połączona z silnym wiatrem. Nasz namiot zaczął przeciekać. Jasio z Krzysiem mieli większy problem-zerwało im przedsionek i wszystkie rzeczy mieli mokre. Ranek jednak obudził nas słońcem. Wzięliśmy maski, płetwy i poszliśmy na drugą stronę wyspy zobaczyć zatopione niedaleko brzegu amerykańskie samoloty- lightingi. Samoloty leżały 3-4 m pod wodą w kilkudziesięciu metrowych odstępach. Wszystkie zwrócone ku morzu jakby lądowały awaryjnie. Czas i słona woda zrobiły swoje ale można było rozróżnić kadłuby, resztki skrzydeł i potężne 12- cylindrowe silniki, pomiędzy którymi pływały stada kolorowych ryb. Kabiny pilota stały się mieszkaniem dużych jeżowców.papua11

Czasami robiliśmy wyprawy całodniowe. Posiłki jedliśmy wówczas na plażach okolicznych wysp lub na łodzi. Jeden z takich posiłków był szczególny. Na ognisku rozpalonym obok małego wodospadu Florence upiekł złowione tego dnia płaszczki i podał nam je na liściach palmy. Później kąpiel w krystalicznej wodzie i spacer po bezludnej plaży. Ostatni wieczór na wyspie był wyjątkowo uroczysty. Na kolację były pieczone mątwy, langusty i przepysznie przyrządzone ostroboki. Siedzieliśmy na plaży przy ognisku, twarzą do oceanu i patrzyliśmy w gwiaździste niebo. Florene, Charlie i Ike śpiewali wspólnie nastrojowe ballady.

Ostatniego nura zrobiliśmy w Manokwari na wraku Sima-maru, japońskiego transportowca. Wrak ma 120 m długości i leży na głębokości 30-40 m niedaleko portupapua12. Zatonął po trafieniu bombą lotniczą.  Jest bardzo dobrze zachowany. Bez problemu można poruszać się między pokładami po ładowniach. Zamieszkuje go dużo ryb i innych morskich stworzeń. Na tym część nurkowa dobiegła końca.

Następnego dnia ruszaliśmy w  głąb Nowej Gwinei.

Pierwszy samolot zawiózł nas do Sentani. Poznaliśmy tam naszego pierwszego Papuasa. Nazywał się Sam. papua13

Był członkiem ruchu walczącego o wolność Papui. Sam dał nam list polecający do swoich przyjaciół w Womenie. Następnie wsiedliśmy na spóźniony około 1,5 godziny ( to w zasadzie reguła) półtransportowy samolot do Womeny. Leży ona na wysokości kilku tysięcy metrów n.p.m. Dotrzeć tam można tylko samolotem. Jedyną drogę zniszczyły tam ulewne deszcze w 1989 roku. Do dzisiaj jej nie odbudowano. Lotnisko jest małe, z jednym pasem. Nie ma tam żadnych bramek ani strażników. Nasze bagaże wyładowywano z wózków na drewniane stoły. Otaczał nas tłumek wyglądających jak zombi osobników. Niepewnie rozglądaliśmy się dookoła. Ktoś dotknął mego ramienia. Odwróciłem się gwałtownie. Za mną stał osobnik z kością w nosie, cały goły, nie licząc pokaźnej tykwy umocowanej poniżej pępka. Jego straszną twarz wykrzywiał grymas, w którym domyślałem się przyjaznego uśmiechu.papua14

Korzystając z listu polecającego od Sama szybko zakwaterowaliśmy się w hotelu i znaleźliśmy przewodnika. Nazywał się Malphinus Kogoya. Następnie rozejrzeliśmy się po miasteczku. Poruszaliśmy się rikszami. Tak było wygodniej. Przyglądaliśmy się ludziom. Patrząc na nich miało się wrażenie, przebywania na planie kręcone przez Spielberga filmu sience fiction.

Następnego dnia ruszyliśmy w góry. Po drodze zajechaliśmy na targ po owoce. Po wyjściu z samochodu przeżyliśmy taki szok, że nie byliśmy w stanie zrobić zakupów. Najpierw zobaczyliśmy stertę śmieci, w której ryły podobne do dzików świnie. papua15Dalej na ziemi lub przy drewnianych stołach siedzieli ludzie. Przed nimi leżały sterty warzyw i owoców. Nie wiedzieliśmy na co patrzeć. Wszystko było szokujące i egzotyczne. Większości ze sprzedawanych tu owoców i warzyw w ogóle nie znaliśmy. Papuasi mięso jedzą 1-2 razy w miesiącu ( wieprzowina, drób). Głównie żywią się warzywami i owocami. Raczej nie palą i nie mają w zwyczaju pić alkoholu. Żują betel. Owoc palmy przepoławia się, wkłada w przecięcie korzeń jakiejś rośliny obsypanej betelowym proszkiem i żuje. Ma to cierpki smak. Najpierw robi  się gorąco, później czuje się zawrót głowy a dalej jest już błogo i przyjemnie. Zęby od betelu ciemnieją a ślina przybiera czerwony kolor.

Dotarliśmy do pierwszej wioski.- domy z palmy kryte liśćmi. W środku jedna izba z miejscem na ognisko. Dookoła kobiety w spodniczkach z rafii i mężczyźni  z tykwami na pingach.

Staliśmy przed chatą wodza.  Po chwili pojawił się w otoczeniu starszych. Wyglądali groźnie. Wódz trzymał przed sobą mumię wojownika sprzed 300 lat. Była przerażająca. Wódz uśmiechnął się przyjaźnie i pozwolił robić zdjęcia.  Sfotografowaliśmy się razem z nim i mumią.papua16 Otoczyła nas gromada dzieci i kobiet, każdy próbował nam coś zaoferować- korale, bransoletki, pióropusze, kamienne siekierki.

Musieliśmy jechać dalej. Byliśmy zaproszeni do wioski plemienia Dani na pokaz tańca wojennego. Doszliśmy do granic terytorium plemienia. Przewodnik kazał nam się zatrzymać. Tuż za prymitywnym ogrodzeniem stał wysoki 10-15 metrowy słup, na którym w czymś w rodzaju gniazda stał wojownik wymalowany w barwy wojenne, w pióropuszu, z kością w nosie, groźnie pokrzykując i napinając łuk ze strzałą skierowaną w naszą stronę.papua17 Któryś z chłopaków drgnął, świst cięciwy i strzała wbiła się w ziemię przed nim. Zamarliśmy.  Nagle nie wiadomo skąd pojawiło się około 15 postaci z łukami, dzidami i inną bronią i groźnie pokrzykując ruszyli ku nam. Cofnęliśmy się. Wojownicy wyglądali dziko i imponująco. Oglądaliśmy wspaniały pokaz markowanych walk i wojennych działań zespołowych w ich wykonaniu. Następnie otoczyli nas kołem i wyciągnęli Krzyska i Janusza  i powlekli gdzieś po trawie.  Na szczęście były to tylko żarty. za chwilę chłopcy wymachiwali dzidami i tańczyli razem z wojownikami. . Do mnie podszedł sam wódz i wręczając swój łuk i zaprosił do szeregu wojowników. Ruszyliśmy w kierunku wioski.  Domy tworzyły okrąg do środka którego wchodziło się przez mała bramkę. Tam dołączyły do nas kobietypapua18. Rozpoczęły się zbiorowe tańce i śpiewy. W pewnym momencie razem braliśmy w nich udział.  Następnie zostaliśmy zaproszenia do stołu. Kobiety ułożyły w kopiec rozgrzane w ognisku kamienie na przemian z mięsem, warzywami i jakimś zielskiem, wyglądało to jak pryzma kompostowa. Po jakiejś godzinie rozgrzebały kopiec i wyciągnęły upieczone na parze i przesycone zapachem ziół  słodkie ziemniaki, mięso i inne warzywa.  Uczta była przednia.  Na koniec wódz zademonstrował rozpalanie ognia metodą pocierania o siebie dwóch kawałków drewna.papua19 Kobiety i wojownicy próbowali namówić nas na kupno różnych przedmiotów codziennego użytku. Musieliśmy wracać. Wodzowi podarowaliśmy koszulkę z orłem i napisem Polska  robiąc przy okazji okolicznościowe zdjęcia. Kilka dni później odwiedził nas w hotelu, nadal był w polskiej koszulce.papua20

Papuasi pomimo, że wyglądają  groźnie są łagodni , trochę nieśmiali, często się uśmiechają.  Reagują na wszystko bardzo spontanicznie całą swoją postacią. Jak któregoś o coś poprosiłem, potrafił chodzić za nami godzinę usiłując bezinteresownie we wszystkim pomagać. . Następnego dnia Malphinus zaproponował nam pieszą, 4-godzinną wycieczkę po okolicy. Mijaliśmy różne wioski. Mieszkańcy generalnie zajmują się rolnictwem. Wyrywaja dżungli kawałek po kawałku ziemię wypalając i karczując. Jest ona urodzajna ale wymaga to ogromnego wysiłku.. Uprawiają różnego rodzaju warzywa i owoce, które codziennie noszą idąc 3-4 godziny na targ.

Wysoko w górach mieszka plemię Lani, które jest bardzo wojownicze i zajmuje się wyrobem łuków, dzid, toporków, maczet, noży itp.

Nasz czas w Womenie powoli dobiegał końca. Przewodnik zaprosił nas na obiad do domu. . Mieszkał tuż za miastem. Dom zbudowany był z palmowych liści, nie miał okiem a dwa otwory drzwiowe zasłonięte były matami. Składał się z dużej izby w kącie której stał parawan tworząc  sypialnię. Na środku płonęło ognisko, na którym żona Malphinusa w wielkim kotle gotowała warzywa. Obok na żarze piekło się mięso. papua21

. Dom nie posiadał otworu kominowego, dym unosił się pod czarnym  od sadzy sufitem i uciekał bokami przez otwory drzwiowe. Jedliśmy palcami z liści palmy siedząc na matach rozłożonych na ziemi . Prąd w domu był z agregatu, woda zaś to zbierana w zbiornikach deszczówka.  W domu mieszkał Malphinus z żoną i trójką dzieci.

Na lotnisko odprowadzali nas groźni nadzy wojownicy usiłując sprzedać jakieś pamiątki. Samolot jak zwykle spóźnił się 1.5 godziny. Połowę siedzeń miał zapakowanych różnymi towarami, ale nikt się tym nie przejmował. Czekała nas długa droga powrotna przez YaJapurę ( gdzie czekał na nas Sam), Makasaer, Dżakartę, Singapur, prosto do domu.

Po odwiedzinach u Papuasów nic już nie było takie same.

 

 

Autor: Michał Geniusz